sobota, 7 lipca 2012

Twój klucz do szczęścia


Drugie piętro nie jest wysoko. Siedzę aktualnie na parapecie, wiem, że jeśli spadnę, to jest szansa, że przeżyję, z drugiej strony natomiast wiem, że jestem na tyle wysoko, aby widzieć. A widzę dużo.

Znajduję się właśnie 15 km na południe od najważniejszego centrum biznesowego w Europie i jednego z najważniejszych na świecie. Te kilometry robią jednak swoje, bo atmosfera jest tu zupełnie inna niż można by się było tego spodziewać. Wioska, w której aktualnie mieszkam przypomina mi połączenie włoskiego klasycyzmu, duńskiej prostoty, oraz kubańskiej rewolucji. W głośnikach gra nieśmiertelny Gary Moore, jest 4 w nocy, a latarnie nadają temu miejscu jeden z najpiękniejszych klimatów, jakie udało mi się w życiu zaobserwować.  Brakuje tylko szklanki Walker'a czy Daniels'a i cygara, ale ostatnio okazało się, że nie jestem w stanie przełknąć niczego, co ma ponad 20%, zadowalam się więc gorzkim smakiem herbaty bez cukru. W skrócie - jest pięknie. Ale najpiękniejsza rzecz, która dopełnia całokształt znajduje się we mnie. Nie potrafię tego opisać słowami, ale nie czuję nic. Jestem po prostu w danej chwili, tu i teraz .....

Długo zbierałem się, żeby napisać słowa, które za chwilę przeczytacie, na szczęście okazało się, że nie chodziło tutaj o brak weny, czasu, czy innych czynników, ale o to, że musiałem znaleźć się w miejscu, gdzie aktualnie jestem, żeby mieć pełny obraz tego co chcę Wam przekazać.

Mówiłem już, że widzę, a widzę wiele. Codziennie obserwuję ludzi wstających o 8 do pracy, chodzących do szkoły, na uczelnie, sprzątających domy, czy chociażby przygotowujących sobie śniadanie. I wiecie co ? Większość z nich to ludzie nieszczęśliwi, zarówno według mnie, jak i według nich samych. Co jest tego powodem ? Św. Augustyn stwierdził kiedyś, że zło samo w sobie nie istnieje, istnieje jedynie brak dobra i to przyczynia się do wielu negatywnych zachowań. Nasz przykład również możemy rozważyć w ten sposób. Nie istnieje coś takiego jak "nieszczęście", ludziom (w tym na pewno wielu osobom czytającym) brakuje po prostu bycia szczęśliwym.

Widzę dużo, a ostatnio doszedłem do wniosku (po licznych, naprawdę licznych obserwacjach), że wszyscy Ci którzy codziennie mają uśmiech na ustach i wydają się obdarowani przez los tym cennym darem, czyli szczęściem, mają ze sobą coś wspólnego. Mówię tu zarówno o niektórych "biednych" afrykańskich dzieciach, biznesmenach, zwykłych ludziach spotykanych na ulicy, czy nawet księżach. Wszyscy oni ZAAKCEPTOWALI to, co aktualnie otrzymali od życia i robią wszystko, by wykorzystać to jak najlepiej.

Parę miesięcy temu wybrałem się na szkolenie Tomka Marca. Jeżeli wpiszecie to nazwisko w wyszukiwarce, to wyskoczy Wam jako ekspert do spraw relacji damsko-męskich, trener, czy autor książek. Ja jednak nie pojechałem tam dlatego, żeby nauczyć się "jak wyrywać dupy", tylko dlatego, że słyszałem o nim wiele pozytywnych opinii, dużo ludzi mówiło, że jest to naprawdę super gość i w momencie, kiedy nadarzyła się okazja, by za śmieszne pieniądze wziąć udział w jego szkoleniu, po prostu się na to zdecydowałem (btw. był to kolejny punkt do odhaczenia na mojej liście celów, o której pisałem post temu, a nosił on nazwę "Poznać Tomka Marca"), spakowałem manaty i pojechałem ;) Całe szkolenie miało zupełnie inny wymiar, niż się spodziewałem, myślałem bowiem, że wyjdę przepełniony energią, będę skakał, wszystkich ściskał. Tymczasem byłem spokojny. Tomek naprawdę wiele czasu i uwagi poświęcił na jeden szczegół, który zapadł mi w pamięć. Akceptacja. Cokolwiek się nie działo, powtarzał, żeby po prostu przyjąć na klatę to co się dzieje i ruszyć dalej.

W ciągu następnych paru miesięcy, wielokrotnie miewałem sytuacje zaskakujące, kontrowersyjne, niewiarygodne i jeszcze wiele, wiele innych, ale za każdym razem, kiedy działo się coś, co wykraczało poza moje ramy pojmowania rzeczywistości powtarzałem sobie "zaakceptuj to". (Btw. świetna opcja pokazująca jak działa ego: "ja powtarzałem sobie", mamy dwa "ja", które więc ja jest więc prawdziwe ?) Doszedłem parę tygodni temu do takiego stanu, w którym wiedziałem, że cokolwiek się stanie, nie wywoła to u mnie większego szoku, zaakceptuję to i będę mógł żyć normalnie dalej. Nie wiedziałem jednak, że mój system wartości musi przejść jeszcze jedną próbę, zanim opublikuję to w szerszym gronie.

W poniedziałek rano, czyli niecałe kilkanaście godzin po przyjeździe do Niemiec, udałem się na zajęcia. Przed tym wstąpiłem na chwilę do piekarni, wyszedłem z niej, jak się później okazało bez portfela, który spodobał się, z tego co kojarzę, pewnemu Turkowi, stojącemu obok mnie. Miałem tam dosłownie wszystko - dokumenty, pieniądze, bilet, klucz do mieszkania, karty płatnicze i krótko mówiąc byłem w potężnej dupie. Sam jednak zdziwiłem się na swoją reakcję. Ciało oczywiście zwariowało, rozbolał mnie brzuch, miałem gulę w gardle zaciśnięte pięści, ale mój umysł był spokojny. Wiedział, że coś się stało i nie można już tego odzyskać, trzeba więc pomyśleć, co można z tym jeszcze zrobić. Pierwsze, co zrobiłem to zadzwoniłem, żeby zablokować karty, następnie udałem się na policję, pożyczyłem pieniądze od uniwersytetu (podróż do mieszkania - 5 euro), znalazłem polskiego konsula i właściwie było to najbardziej rozwojowe kilka godzin, jakie kiedykolwiek miałem ucząc się języka. Musiałem nawiązać dłuższy kontakt z ludźmi, pogadać z policją i nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - dokumenty się wyrobi, kasy na szczęście nie miałem dużo, klucze mam zapasowe, a za to rozwinąłem się na wielu płaszczyznach.

W dużym skrócie zaakceptowałem to, co przyniósł mi los i już teraz wiem, że jest to najlepsze narzędzie do osiągnięcia m.in. spokoju wewnętrznego, jakie do tej pory poznałem. A co jeszcze, oprócz akceptacji przyczynia się do tego, że człowiek staje się szczęśliwy ? Co jeszcze trzeba zrobić, żeby odrzucić okowy nałożone przez świat ?

Szczerość.

Za każdym razem, kiedy kłamiemy, o czym pisałem już wcześniej, pojawiają się w nas pewne emocje. Cytat z wikipedii: "Gdy kłamiemy nasz organizm ma za zadanie zataić prawdę, odczuwa jednak dyskomfort, a umysł doświadcza dysonansu poznawczego." Przekładając to na język polski - mówimy coś, co jest sprzeczne z tym co nasz umysł wie. Wtedy robi on takie: "halo, halo, coś jest nie tak" - i właśnie ten moment odczuwamy najbardziej, gdy nie przekazujemy prawdy. Po tym również, łatwo jest rozpoznać kłamcę. Bez sensu jest uczenie naszego umysłu negatywnych emocji - kierujmy się tym co jest prawdziwe, a wtedy będziemy się dobrze z tym czuli, będziemy mniej spięci i życie będzie łatwiejsze ;) Bo jeżeli ktoś nie akceptuje tego, że jesteśmy, jacy jesteśmy, to czy chcemy się z taką osobą przyjaźnić ? Sami odpowiedzmy sobie na to pytanie ......

A co do tego, jacy jesteśmy - również to jest dla wielu powodem nieszczęścia, a dokładniej braku akceptacji siebie, jako człowieka, który bierze się z porównywania z innymi, oraz z nadawania komuś sztucznej wartości. Ludzie mają kompleksy i nie akceptują siebie, własnego ciała, tylko dlatego, że są inni, z którymi mogą się oni porównywać, a że dość często kreowany jest dzisiaj wizerunek umięśnionego kolesia, który stoi przy super samochodzie, wraz z modelką lub super szczupłej kobiety, której widać żebra, noszącej złotą biżuterię i futra z norek, to ludzie naprawdę mają duże problemy by polubić siebie, takimi jakimi są. Kolejną sprawą, jaka nas niszczy od środka, również jest kwestią naszych relacji w innymi osobami.

Chodzi tu o nadawanie komuś wartości. Najlepiej ujął to Tomek Marzec w swoim tekście "Bo ona jest wartościowa ..." do którego Was odsyłam:

http://forum.alphamale.pl/topic/7224-art-bo-ona-jest-wartosciowa/

 tyczy się to głównie relacji damkso - męskich, ale ja chciałbym nanieść poprawkę, na kwestie tej samej płci. Często jest tak, że relacja między dwoma kolegami, lub dwiema koleżankami, sprowadza się do wyzyskiwania tej jednej przez tą drugą, a ta druga, nadal będzie patrzyła na tę osobę jak na obrazek. W końcu ona jest taka zajebista, ma duży dom, dużo pieniędzy i jakie sukienki, dlatego może do mnie dzwonić o 4 rano, bym podwiozła jej fajki, podrywać mi chłopaka itd... Tutaj więc apel o to, abyśmy sprawdzili, czy istnieją wokół nas osoby, które przyjaźnią się z nami tylko dla własnych korzyści, jeżeli tak to proponuję się od tego odciąć, nieważne jak będzie bolało, a w ostatecznym rozrachunku wyjdziemy wtedy najlepiej.

Kolejna sprawa, którą chciałbym poruszyć, to cieszenie się z danej chwili. Siedziałem sobie ostatnio na zajęciach, upał jak na środku Sahary, pomyślałem więc o tym, jak dobrze byłoby gdyby spadł śnieg. Potem wczułem się w klimat, zobaczyłem siebie pośrodku padającego śniegu, w jakimś parku, siedziałem na ławce i cały byłem zmarznięty - pomyślałem wtedy, że jak bardzo chciałbym znaleźć się w jakimś ciepłym kraju. Gdy sobie to uświadomiłem to parsknąłem śmiechem na całą salę, przecież Polakowi nigdy nie dogodzisz, warto więc cieszyć się z tego na daną chwilę mamy, nie błądzić myślami w równoległych światach i nie fantazjować na temat tego co już się dzieje.

Ostatnim już pomysłem godnym odnotowania jest według mnie podążanie za swoim ciałem, o czym już wcześniej pisałem. Robimy to na co mamy ochotę (ale też bez skrajności), a będziemy zadwoleni, bo nie będziemy patrzyli co wypada, a co nie, tylko będziemy parli do przodu, nie zważając na przeciwności.

Podsumowując, rzeczy, które przybliżają nas do szczęścia to:

- akcpetacja,
- szczerość,
- akceptacja siebie, swojego ciała,
- brak porównań do innych osób,
- brak wywyższania innych osób,
- radość z danej chwili,
- podążanie za swoim ciałem.

Oczywiście jest ich więcej i każdy może mieć inne, ale te które opisałem wyżej są dość uniwersalne i stosując się do nich poczujecie się choć odrobinę szczęśliwsi ;)

Siedzę na parapecie, na drugim piętrze, w głośnikach Gary Moore, zachwycam się pięknymi widokami, za mną cudowna przeszłość i wierzę, że jeszcze lepsza przyszłość. Wydaje mi się, że dużo widzę, jak na 19 lat. Ale czy ktoś czuje to tak samo jak ja ? Czy ktoś równie pięknie jest w stanie cieszyć się z danej chwili ? Nie wiem. Być może dowiem się o tym za rok, 2 lata, 15 lat, lub nigdy. Ale wiem, że coś się zmienia. Zarówno w moim wnętrzu, jak i na świecie. Miejmy tylko nadzieję, że zmienia się na lepsze ......

4 komentarze:

  1. Well, well, well. Przede wszystkim - to, że długie, to żaden problem, bo czyta się na tyle przyjemnie, że mimo pozornej obszerności tekstu, zeszło w miarę szybko. Tekst mądry i na poziomie, ale na dobrą sprawę - w większości to truizmy. "Akceptuj to, co dał ci los i ciesz się z tego, co masz, a będziesz szczęśliwy". I tyle. Każdy domorosły filozof powie to samo.
    Pytanie, czy da radę samemu tak postępować. W wielu przypadkach zapewne nie. Dlatego - stary, gratulacje ogarnięcia po tej kradzieży, bo wiedzieć coś to jedno, a robić - drugie. Także dla mnie akapit o tym, jak postąpiłeś był właściwie najistotniejszym z tego tekstu. Bo dzięki niemu tekst przestał być "rób tak", tylko "ja tak robię i to działa, a nie tylko pieprzę bzdury, że to fajne, bo tak sobie wydumałem".

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzisz - może w większości to i truizmy, ale nie wyszły one z tego, że gdzieś je przeczytałem i postanowiłem, że tu napiszę. Wszystkie opierają się na doświadczeniu i są one zawsze poparte moją konkretną sytuacją z życia - o zgrozo, nie podałem konkretniejszych przykładów, bo stwierdziłem, że będzie to nudne i nikomu i tak już się nie będzie chciało czytać, bo tekst jest za długi ;) Jak już więc wiesz, wszystko to o czym piszę, to tylko i wyłącznie moje doświadczenie, wszystkim tym się kieruję i tak, postępuję według tych zasad, chociaż nie zawsze świadomie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie, że się podzieliłeś prywatnymi przemyśleniami.
    Ja zajmuje się ostatnio komunikacją oraz NLP i muszę powiedzieć, że wszystko leży w psychice. Ciało będzie działać jak chce umysł, nawet jeżeli nie jest to świadome działanie. Znakomicie, że zachowałeś chłodny umysł i "ogarnąłeś" sytuacje. Punkty dla ciebie.
    Może to już placebo, ale jeżeli trochę poćwiczysz, możesz bez problemu wywoływać wybrane stany emocjonalne u siebie. Gdy już Cię to zainteresowało, napisz do mnie. Paweł K.

    OdpowiedzUsuń
  4. Super tekst, zgadzam sie calkowicie z akceptacja i szczeroscia, choc co do szczerosci to moze za malo w to wszedles chodzi mi o przyznanie sie do samego siebie jacy naprawde jestesmy tam w glebi, czego tak naprawde oczekujemy od zycia i innych osob. Przyznanie sie do samego siebie jest oczywiscie bardzo trudno skoro 99% osob robi inaczej, ale wszystko jest mozliwe i sukces lezy w tym czy to rozumiemy ;)

    OdpowiedzUsuń